„Odyseja” zarobiła ponad miliard dolarów i jest technicznie bezprecedensowa. A jednak w branżowej dyskusji pojawiła się teza, która brzmi jak prowokacja: że przy budżecie rzędu 250 milionów dolarów film Nolana sprawia wrażenie kina niezależnego, tyle że z dostępem do najbardziej zaawansowanego systemu wielkoformatowego na świecie. Przyglądamy się temu argumentowi — i temu, co da się mu przeciwstawić.
Skąd ta teza
Wywód, który zaproponował Y.M.Cinema, wychodzi od obserwacji na temat scen batalistycznych. W porównaniu z muskularnym językiem wizualnym „Troi” Wolfganga Petersena czy „Gladiatora” Ridleya Scotta walka w „Odysei” bywa zaskakująco powściągliwa. Brakuje jej kinetycznego rozpędu, czytelnej geografii pola bitwy i choreograficznej eskalacji, których zwykle oczekuje się od wielkiego hollywoodzkiego eposu historycznego.
Są bronie, szyki, ciała, błoto i fizyczny kontakt — ale akcja rzadko rozwija się w przytłaczające widowisko. Zamiast pokazywać wojnę jako ogromne, starannie zaaranżowane wydarzenie, Nolan często fotografuje ją jako surowe zajście rozgrywające się przed kamerą.
Ogromny obraz to jeszcze nie ogromne widowisko
To najmocniejszy punkt całego rozumowania i wart jest przemyślenia przez każdego, kto uczy się warsztatu. IMAX potrafi dostarczyć nadzwyczajną rozdzielczość, skalę, kolor, fakturę i immersję. Potrafi uczynić ludzką twarz monumentalną i zamienić realny krajobraz w środowisko niemal dotykalne.
Ale nie wytworzy samodzielnie ruchu, napięcia, choreografii, geografii ani dramaturgicznej eskalacji. Te cechy biorą się z blockingu, doboru obiektywów, ustawienia i ruchu kamery, koordynacji kaskaderskiej, montażu, dźwięku i relacji między ujęciami. W „Odysei” zdjęcia bywają bardziej imponujące niż to, co fotografują.
Format powiększa nie tylko wartość produkcyjną, ale również jej brak. Klarowność IMAX-a potrafi obnażyć prostotę pleneru, ograniczoną liczbę elementów w ruchu albo powściągliwą choreografię.
Sprzęt kształtuje język filmu
Drugi wątek dotyczy fizyki produkcji. Tradycyjne kamery IMAX na taśmę są duże, mechanicznie głośne i znacznie mniej elastyczne niż współczesne kamery cyfrowe. Nowa konstrukcja o kryptonimie Keighley część tych ograniczeń zniosła, ale ciszej nie znaczy cicho — sceny dialogowe z dźwiękiem synchronicznym wciąż wymagały umieszczenia kamery w ogromnej obudowie dźwiękochłonnej.
Każdy system kamerowy kształtuje język wizualny filmu. Kompaktowy korpus cyfrowy można zamontować, przenieść, ustabilizować, ukryć, rozpędzić albo wstawić w chaotyczną scenę akcji ze sporą swobodą. Kamera wielkoformatowa na taśmę, zwłaszcza otoczona dodatkowym osprzętem wyciszającym, narzuca inny rytm: wpływa na to, gdzie można ją postawić, jak szybko poruszyć, ile kamer obsłuży zdarzenie jednocześnie i jak blisko operator wejdzie w skomplikowaną sekwencję fizyczną.
Byłoby uproszczeniem twierdzić, że IMAX uniemożliwił Nolanowi bardziej dynamiczną akcję — reżyser i van Hoytema są zbyt doświadczeni, by sprzęt dyktował im każdą decyzję. Ale kompromis jest widoczny.
„Troja” fotografowała wojnę. „Odyseja” fotografuje ludzi w środku wojny
Porównanie z filmem Petersena jest o tyle uprawnione, że obie produkcje operują w tym samym świecie mitologicznym. „Troja” była zaprojektowana jako klasyczny hollywoodzki epos wojenny: plany ogólne budują skalę, plany średnie porządkują ruch, zbliżenia dają uderzenie, a szybki montaż łączy pojedynek z bitwą. Kamera nieustannie pomaga widzowi zrozumieć wydarzenie.
Nolan wybiera inaczej. Kamera nie zawsze cofa się, by uporządkować bitwę dla widowni. Zostaje blisko ciał, twarzy, zbroi, kurzu i chaosu. To daje fizyczną bezpośredniość, ale może też zmniejszać odczuwaną skalę wydarzenia. Widz rozumie, że toczy się wielki konflikt, niekoniecznie czując, że film mu go pokazał.
To wybór artystyczny, w dodatku bliższy doświadczeniu pojedynczego żołnierza niż czysta, panoramiczna perspektywa wielu widowisk historycznych. Ale sprawia też, że film jest mniej satysfakcjonujący jako kino akcji.
Najdroższa produkcja niezależna świata
Tu dochodzimy do sedna tezy. Kino niezależne nie definiuje się wyłącznie niskim budżetem — może też oznaczać metodę i mentalność: reżysera utrzymującego silne autorstwo, pracującego oszczędnie, odrzucającego standardowe rozwiązania wizualne i budującego produkcję wokół konkretnej twórczej obsesji.
W tym sensie „Odyseja” bywa nazywana najdroższym filmem niezależnym w historii. Trudno w niej wypatrzeć wysiłek dostosowania się do wyglądu współczesnych franczyz fantasy czy historycznych filmów akcji. Jej tożsamość wizualną wyznaczają zainteresowania Nolana: fizyczna rzeczywistość, mechaniczne kręcenie, ogromne formaty taśmy, naturalne plenery, minimum cyfrowego pośrednictwa i aktorzy poddani realnemu obciążeniu.
Ekipa jeździła po świecie, budowała działające jednostki pływające i wystawiała obsadę na trudną pogodę i wodę. Matt Damon nazwał to najtrudniejszym filmem, jaki nakręcił. Morze wygląda wrogo, bo aktorzy naprawdę są na morzu — wiatru, wody, terenu i fizycznego wyczerpania nie da się idealnie odtworzyć w kompozytingu.
Konkluzja tego wywodu jest prowokacyjna: Universal nie wydał 250 milionów dolarów, żeby wtłoczyć Nolana w system hollywoodzki. Sfinansował jego ucieczkę z tego systemu.
Co można temu przeciwstawić
Ta teza jest interesująca, ale nie bezdyskusyjna — i uczciwie jest wskazać jej słabe punkty.
Po pierwsze, argument miesza dwa porządki: sposób produkcji z odbiorem widowni. Film, który zarobił ponad miliard dolarów i wyprzedał seanse 70 mm rok przed premierą, trudno opisywać jako produkcję funkcjonującą poza systemem — jego dystrybucja, marketing i skala eksploatacji są w pełni studyjne.
Po drugie, zarzut „za mało widowiskowej akcji” zakłada, że epos historyczny powinien wyglądać jak „Troja”. Można równie dobrze argumentować, że powrót do subiektywnego, ciasnego punktu widzenia jest świadomym odejściem od konwencji, która zdążyła się zużyć — i że oceniamy film za to, czym celowo nie chciał być.
Po trzecie, sam autor tezy kończy zdaniem, że film „zasługuje na Oscara”. To dobrze pokazuje, że mówimy o krytyce z wnętrza podziwu, a nie o odrzuceniu.
Dlaczego warto o tym rozmawiać na zajęciach
Niezależnie od tego, po której stronie sporu się stanie, „Odyseja” jest znakomitym materiałem dydaktycznym. Pokazuje rozdział między jakością obrazu a siłą oddziaływania sceny — czyli dokładnie to, czego nie widać w specyfikacji kamery i czego nie załatwia budżet.
Można mieć najlepszy negatyw na świecie i wciąż nie zbudować bitwy, jeśli zabraknie blockingu, montażu i dźwięku. I odwrotnie: skromniejszym sprzętem da się zbudować scenę, która widza przygniecie. To lekcja, którą warto przerobić przed wyborem kamery, a nie po nim.
Źródło: Y.M.Cinema Magazine — The Odyssey Feels Like Christopher Nolan’s $250 Million Independent Film (tekst opinii)